Podsumowanie siódmego miesiąca października oszczędnościowego

Podsumowanie siódmego miesiąca października oszczędnościowego.

Podsumowanie. Drodzy przyjaciele! Ladies and gentlemen.

Miło jest mi poinformować, że siódmy miesiąc mojego wyzwania oszczędzania zakończyłam z sukcesem.
Minimalny limit £420 został osiągnięty i dobiłam jeszcze te moje £80 do równych £500!

Październik był dla mnie bardzo pracowity i bardzo nerwowy. Miałam ciąg dalszy konfliktu w pracy jakiego nigdy nie miałam i to mnie kosztowało masę energii. Rozproszyło to na dłuższy moment moją uwagę i zachwiało drogocennym wewnętrznym spokojem.

Do tej pory mogłam wskoczyć do auta i za godzinę miałam terapię na spacerze albo przy kawie.
Dawid niezależnie czy mnie tylko słucha, czy doradza, ochrzania czy rozśmiesza; zawsze poprawia mi nastrój i stawia do pionu w pięć minut. Co za wyjątkowa umiejętność!
Dzwonię też do mojej Klaudii i ona ratuje mnie przyjeżdżając na kawę, żeby mnie posłuchać jak biadolę, albo czasem tylko posiedzieć razem i pooglądać filmy. I to też mi bardzo pomaga.

Nieoczekiwane wsparcie

Kiedyś jak oni byli mali nie sądziłam jako mama, że dostanę od moich dzieciaków takie wsparcie. Tego typu wsparcie. Nie spodziewałam się, że ta relacja będzie aż tak bliska. Marzyłam o tym, ale byłam w stanie jej sobie wyobrazić jakie daje ogromne poczucie miłości i wsparcia.

Oczekiwałabym tego od partnera, mojej mamy czy przyjaciół, ale nie od dzieci. To jest tak przeogromna wartość, że utykam w tym miejscu wpisu, bo nie jestem w stanie skleić zdań, które mogłyby to uczucie opisać.

Fantastycznie jest razem rosnąć jako rodzina, dojrzewać, obserwować siebie, ciągle nieustannie nawzajem poznawać. Wzajemnie się szanować i pozwalać sobie na szczerość oraz otwartą dyskusję.
-„Nie mogę się doczekać, żeby ci o tym opowiedzieć”- to jest esencja naszej rodziny, która jest konstrukcją / bazą naszego życia. Relacja budowana od dzieciństwa.

Tak więc zdecydowałam się polecieć do Dawida do Madrytu w listopadzie.

Na koncie niespodziewanych wydatków mam pulę przeznaczoną na prezenty. Zajrzyj tutaj. W listopadzie mam urodziny, więc nie zawaham się ich użyć. Oczywiście ta pula nie jest tak duża, żeby pokryć koszty wypadu, ale udało mi się odłożyć z październikowej wypłaty £200 z myślą o Madrycie i dodatkowo dorobiłam w tym miesiącu w pracy. Przed wyjazdem będzie czekać na mnie jeszcze jedna wypłata, więc mogę sobie pozwolić na to szaleństwo.

Podsumowanie wstępnego niezaplanowanego budżetu wyjazdu do Madrytu. Maximum £500

  • £175 samolot do Madrytu w dwie strony,
  • £175 mieszkanie w centrum na tydzień – więc razem £350.
  • £200-£300 powinno się udać odłożyć z pensji w listopadzie (poza wyzwaniem)
    £500 to limit.
  • £150 limit do dyspozycji na ten tydzień :/

Oszczędnie jak na tydzień, ale dam radę. Byleby się wyrwać na moment, odsapnąć, wyczilować myśli, połazić po mieście, posłuchać ludzi. Pogadać z przyjacielem. Z moim synem.

Tak czy inaczej nie naruszając konstrukcji wyzwania na moim koncie pojawiła się kwota £3500!

Podsumowanie października

Październik przeleciał jak szalony. Z niespodziewanych rzeczy, było zaproszenie mnie na urodziny mamy chłopaka mojej Klaudii, czego się kompletnie nie spodziewałam.

To jest angielska rodzina z Oxford więc miałam trochę nieśmiałości spotkać się z nimi w eleganckiej restauracji jednego z najlepszych hoteli w Newquay. I wybór prezentu też nie był łatwy. Mam ograniczony budżet co dodatkowo nie ułatwia sprawy.
Zdecydowałam się na notesowy kalendarz i piękny długopis Laury Ashley. Ciemnogranatowy, w narysowane delikatną, cieniuteńką kreską białe pawie. Bardzo eleganckie. Były przecenione, dzięki temu za ten komplet zapłaciłam tylko £14,23 łącznie z elegancką ozdobną firmową torebeczką.
Kolacja była wykwintna, atmosfera przyjazna, ale najbardziej sztywną osobą na kolacji okazałam się być ja sama.

Podsumowanie – zakupy

bogaty słoik

Na jedzenie w ciągu miesiąca wydałam tylko £46 z puli £90. Myślę, że głównie przez stres. Nie miałam ochoty nic jeść, a jak już coś jadłam to w dochodziłam do połowy i miałam dosyć. Na zakupy poświęciłam może 5 minut maksymalnie, wchodząc wkładając sałatę do koszyka i wychodząc.

Podsumowanie – kosmetyki

Po siedmiu miesiącach od początku wyzwania w kwietniu mogę śmiało napisać, że dopiero teraz wykańczam ostatnie resztki zmagazynowanych szamponów, żeli, balsamów, past do zębów, kremów, płynów do twarzy, maseczek, peelingów, toników, zmywaczy i zakrywaczy. Zewsząd systematycznie wyciągałam buteleczki, flakoniki , buteleczki i pojemniczki otrzymane na urodziny albo od jakieś święta. Trochę mnie to zaskoczyło, że mimo, że nie lubię marnować, ciągle kupuję na bieżąco nowe kosmetyki a przy generalnych porządkach wywalam pochowane po szafkach zapasy, tylko dlatego, że nie należą do sekcji „ulubione”!

Podsumowanie – paliwo

Przez to, że w październiku więcej pracowałam, wydałam też trochę więcej kasy na paliwo. W podsumowaniu wyszło £150. Średnio tak wydaję około £ 100-120 w zależności od miesiąca. Paliwo też poszło w górę bo na dzień dzisiejszy za litr jest już £1,30.

Wybrałam się w ostatnią niedzielę do Bristolu spotkać ze znajomymi samochodem i zostawiłam auto na parkingu dużej galerii w centrum miasta. Przeczytałam na wielkiej tablicy Monday – Saturday 8am -10pm. Zadowolona spędziłam świetne popołudnie i wieczór a jak wróciłam na parking po 21 okazało się, że galeria zamknięta na cztery spusty. Nie zajarzyłam, że to było niedziela i zamykają o 5pm! Zadzwoniłam na numer telefonu podany na tablicy i miły męski głos poinformował mnie, że chętnie otworzą parking… jutro z samego rana. (!!!???)

Całe szczęście znajoma udostępniła mi swoje mieszkanie, które ma przygotowane na wynajem i nie musiałam płacić za hotel. O 7 rano wpisałam w nawigację w telefonie miejsce docelowe i zrobiłam najciekawszy spacer ostatniego czasu. 1,5 godziny maszerowałam zwiedzając Bristol w poniedziałkowy poranek, obserwując budzące się do nowego tygodnia miasto. Zaskoczyły mnie setki rowerzystów śmigających z prędkością światła, omijających poniedziałkowe zakorkowane ulice.

Uwielbiam moje małe, atmosferyczne kornwalijskie miasteczko, ale wychowałam się i dorastałam w dużym mieście i okazało się dzisiaj, że cały czas lubię to miejskie zamieszanie. Może nie na długo, ale dzisiaj byłam absolutnie wypełniona energią i tempem tego poniedziałkowego dnia. Uczyłam się po drodze języka włoskiego i nie ruszyło mnie nawet gdy okazało się, że za parking muszę zapłacić £18. Byłam z siebie dumna, że zaoszczędziłam kasę nie zamawiając rano taksówki i zdecydowałam na tak długi spacer. Dużo bym straciła.

Podsumowanie – kawa, lunch i zwycięstwo

Korzystając z nadanej sobie możliwości wyjścia na lunch co drugi miesiąc, umówiłyśmy się z moją córką na wspólny lunch do Truro. Klaudia chciała jeszcze pójść na shopping, więc ja zdecydowałam się pójść z nią wyłączając moje emocje i dzielnie towarzysząc jej w wędrówce po sklepie z ciuchami.
Rozglądałam się uważnie po gigantycznej, wielopoziomowej przestrzeni. Rozglądałam się uważnie po osobach, które energicznie przesuwały tysiące wieszaków, przerzucały koszulki, sweterki i torebki.
Przechodziłam między alejkami za Klaudią jak cień.

Pierwszy raz w życiu czułam, że na tym dzikim terenie jestem górą. Czułam się jak prawdziwy zdobywca – siebie. I czułam się na tyle silna i pewna siebie, że nawet najpiękniejsza bielizna na świecie z 99% rabatem nie zrobiłaby na mnie wrażenia.

Moje cele? czy cele sklepów?

Pierwszy raz w życiu pytanie „czy spełniam swoje cele czy cele sklepów” ? które jest na froncie mojego kalendarza wypełniło mnie dumą jak powietrze kolorowy balonik.

Jednocześnie nie było to uczucie jakiejś szczególnej euforii czy szalonej dumy, którą miałam na początku wyzwania. To było spokojne, zbalansowane i harmonijne uczucie wewnętrznego spokoju i akceptacji sytuacji.

Pamiętam jak zapisałam to zdanie w kalendarzu, bo zrobiło na mnie gigantyczne wrażenie, wywołując wielkie, głośne  „wow”. Na tych zakupach poczułam je do kości. Niesamowite jak bardzo, z każdym miesiącem mojego wyzwania uwalnia się wewnętrzna siła wynikająca z zaufania do siebie. Małe zwycięstwa kaizen budujące prawdziwą postawę finansowej ninja.

Październik miesiącem oszczędzania? Bullshit!

Żaden miesiąc, tydzień ani dzień nie jest świętem oszczędzania jeśli nie podejmie się decyzji i wyzwania żeby usiąść tyłkiem przy stole i zabrać się za domowe finanse. Czy fakt, że jeden dzień czy nawet cały miesiąc jest przez kogoś  nazwany lub z góry ustalony wpłynie na moją decyzję o rozpoczęciu oszczędzania?

Jaki sens ma dzień Walentego, jeśli na co dzień nie potrafię okazać czułości, szacunku i empatii dla najukochańszej osoby z którą żyję?

Na mnie wpłynęło kilka czynników. Kilka książek, artykułów, blogów i żywych przykładów w postaci mojej przyjaciółki Joanny. Ale moje działanie to nie pojawiło się jak błysk fajerwerku. Musiałam dojrzeć. Musiał nadejść odpowiedni moment, który złączył kilka elementów pasujących do siebie nawzajem i trzepnąć mnie ostro w łeb.

Sama wiedza, którą od kilku lat zbierałam pobocznie nie wystarczyła. Kurs online na temat finansów osobistych, który  uświadomił mi, że powinnam o tą sferę zadbać też nic nie dał, oprócz rozumianej logicznie przeze mnie potrzeby.

Bullshit!

Poczekam do poniedziałku, nowego roku, kolejnego października czy następnej wypłaty, żeby zacząć oszczędzanie, zacząć pisać blog, wyjechać na kilka dni, zmienić pracę… This is bullshit!

Jesiennego wieczoru podczas herbaty i rozmowy z Joanną rok temu pojawił się impuls. Myśl, pytanie i decyzja. Nawet nie skończyłam czytać książki „Finansowy ninja”. Zrobiłam swój plan. Jaki sens ma postanowienie noworoczne, jeśli zaczynam na nowo i na nowo?  Jaką mam siłę gdy nie czuję na tyle palącej energii, żeby faktycznie zrobić to co planuję?

Ja, żeby dostać się do moich motywacji zanurkowałam głęboko. Czasem tracąc oddech. Przepływałam przez ciasne szczeliny, czasem zraniłam się o rafę, czasem odczuwałam zimny nurt…

Ale jak to już znalazłam to poczułam jakbym potrafiła oddychać pod wodą. Swobodnie. Otworzyłam pod wodą oczy i zaczęłam widzieć wszystko bardzo wyraźnie, przezroczyście.

Bądź proszę za tydzień. Napiszę Tobie co tam znalazłam.

dominika