Przyjemność vs wyrzeczenia 

Przyjemność vs wyrzeczenia

Walka sezonu. Strony przygotowywały się do starcia. Kto wygra?

Lubię sprawiać sobie przyjemność dobrym jedzeniem. Już sama myśl o tym, że mam coś dobrego na kolację albo na pyszny deser sprawia mi radość tak, jakbym czekała na jakieś wyjątkowe wydarzenie sezonu.

Jak byłam mała robiłyśmy sobie z moją mamą wspaniałe uczty. Albo żeby poprawić sobie nastrój, albo żeby coś świętować. Nic szczególnie specjalnego, po prostu zawsze była świetna okazja żeby usiąść razem, pogadać i coś pysznego skonsumować. Moja mama jest mistrzem kreacji i nawet proste, zwykłe kanapki potrafiła zamienić w bajecznie kolorowe cuda. Teraz chyba zdałam sobie sprawę dlaczego moi znajomi uwielbiali do nas przychodzić…

Tą ciepłą, rodzinną tradycję przeniosłam do mojego domku oraz naszej rodziny i nie było pory dnia lub nocy, żeby nie można było zrobić pachnących wanilią naleśników na zamówienie moich maluchów.

Te momenty kiedy oni zostawiali zabawę lub lekcje domowe i siadali w kuchni na rogowej drewnianej ławie i czekali na każdego naleśnika jak zaczarowani, opowiadając w tym czasie co się działo w ich małym świecie – bezcenne.

Starałam się żeby w naszej kuchni, w miarę możliwości, zawsze był zapas wszystkiego na co oni mieliby ochotę. Wszystkie produkty na domową pizzę, truskawki albo wiśnie na zupę owocową, koktajle lub lody.

Do dzisiaj, kiedy Klaudia i Dawid są już dorośli, spotkania i rozmowy przy jedzeniu są jednym z najukochańszych i najważniejszych elementów naszego życia rodzinnego. Nawet herbata, którą pijemy po pracy siedząc na blacie w kuchni ma wyjątkowe znaczenie.

Tym trudniej jest mi teraz myśleć, że czegoś może zabraknąć i tym trudniej zaplanować ścisły plan zakupów, bo robię listę na tak zwany styk. Staram się pamiętać kiedy Klaudia ma wolne albo kiedy przyjeżdża Dawid na weekend, żeby zrobić coś dobrego na obiad i kolację, ale bez kalendarza, w którym mam zapisane co, kto i kiedy – ani rusz. Trzeba się będzie nagimnastykować, żeby zawsze coś w tej kuchni było i czasem też z czegoś zrezygnować.

Trochę słabo się czuję na myśl o prześwitującej lodówce, ale wyzwanie zobowiązuje…no i żelazna zasada: bez dokupowania pomiędzy zakupami(!)

Wyrzeczenia

Wciąż ciężko mi stworzyć taką listę zakupów, żeby wszystkich produktów wystarczyło mi na jeden cały okres 10 dni. Zmieściłam się ostatnio w budżecie £30, ale zapomniałam drobiazgów, które tworzą moją wypasioną poranną owsiankę. Płatki migdałowe i syrop klonowy.

Muszę poczekać do następnych zakupów, ale potrzebuję lepiej planować listę, żeby nie zabrakło mi nic czego potrzebuję. £30 to dosyć mocno zaciśnięty pasek i żeby menu było kompletne z niektórych pozycji muszę rezygnować. Zwłaszcza tych spoza podstawowego jadłospisu.

Nie jem batonów, chipsów i nie piję coli, ale w sklepie znajdę masę ciekawych, kuszących mnie propozycji takich jak lody eton mess z bezą i malinami Kelly’s albo podwójne czekoladowe lodowe brownie.

Czy w tych okolicznościach uzasadnione wydaje się moje pytanie „po co ja to robię, po co się tak męczę, na co mi te wyrzeczenia?”

Any way…wracając do radości.

Taką samą przyjemną myślą jak pełna lodówka, jest wyjście do miasta na lunch albo na waniliową latte do kawiarenki.

Wczoraj byliśmy z Bartkiem w centrum ogrodniczym w Newquay i oprócz sprzętów ogrodniczych, kaloszy i kolorowych alejek z pachnącymi frezjami poczuliśmy przenikający zapach świeżo zaparzonej kawy z malutkiej otwartej kawiarenki schowanej za ogromnymi donicami z palmami.

Podziwialiśmy jej urok, ale na kawę z bólem mojego serca pojechaliśmy do naszego domku.

Zasada: Jedna kawa w kawiarni w miesiącu !

Tylko jedna… a ponieważ pogoda dopiero się rozkręca wolę wyczekać odpowiedni moment na kawę po długim spacerze w kawiarni na plaży i w obecności oceanu.

Usiedliśmy w naszym ogrodzie i mimo, że to nie jest to samo, kawa na świeżym powietrzu smakowała wyjątkowo…domowo; jeśli wiesz co mam na myśli.

3 okresy po 10 dni.

Pierwsze zakupy zrobione 10 kwietnia, drugie 20 kwietnia i ostatnie z wypłaty kwietniowej robię 1 maja. Wymiatam powoli „starocie” z kuchennych szafek, żeby tym razem nic się nie zmarnowało.

Dziwne, jak zaczęłam inaczej podchodzić do „starych zapasów”, które teraz okazują się bezcenne. Nigdy nie lubiłam marnować, ale teraz myślę dwa razy zanim coś otworzę i przetworzę.

Cel kwiecień 2018

W tym miesiącu miałam niższą pensję, bo połowę marca byliśmy na urlopie w Krakowie, ale zakładany limit miesięczny to ustalone £420 i choćby skały ryczały muszę tą kwotę odłożyć.

Po zrobieniu wszystkich opłat powinnam w kwietniu zaoszczędzić £450 jeśli nie wybuchnie coś niespodziewanego. Well, I wish. Fingers crossed.

Jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem.

dominika