Życie na wyspie

Codziennie wdzięczna za życie na wyspie

Siedzieliśmy z Bartkiem ostatnio w ogródku angielskiego pubu w Plymouth gdzie Dawid pracował przez ostatnie dziesięć miesięcy studiów i czekaliśmy aż skończy ostatnią zmianę. Żegnał się ze swoimi pracodawcami, klientami i znajomymi z pracy kończąc tym samym pierwszy zdany z wiekim sukcesem rok na uczelni i rok pracy w pubie.

To było kilka dni temu gdy po wyjątkowo upalnym dniu z przyjemnością jedliśmy razem z Bartkiem kolcję w restauracji na świeżym powietrzu. (Bartek płacił afkors)

życie na wyspie

Oboje wzięliśmy swoje aktualne książki do czytania bo szykowało się kilka wolnych godzin czekając na Dawida.

Zjedliśmy pyszną kolację i zamówiliśmy kawę. Ogródek tętnił życiem, ludźmi, śmiechem, wolnym weekendem. Chillout unosił się lekko i opadał krążąc między nami, zarażając jak ziewanie. Nie dało się nie ulec tej beztroskiej atmosferze i nie zatrzymać tego momentu na dłużej przez włączenie swojej prywatnej osobistej “stop” klatki. Dziękuję. Just save it for later dominika please.

Dziekuję za życie na wyspie. Dziękuję Bogu codziennie za to co mam.

Za moją ukochaną rodzinę, za prawdziwych przyjaciół, za moje zdrowie fizyczne, że mogę chodzić, pracować, budować silne ciało i być zdolną robić plank challenge(!), za to, że stać mnie na dobre, zdrowe jedzenie, za spokój finansowy, że nie muszę się martwić jak pokleić wszystkie rachunki, jak pomóc zapewnić naszej rodzinie spokojne, dostatnie życie. Dostatnie: czytaj “normalne”

A był taki czas, że było nam w Polsce cholernie trudno. Zadziałało na nas prawo Murphy’ego i wszystko poszło tak źle, jak to tylko było możliwe.

Zanim pojawiło się życie na wyspie

Wiem, że każdy kto to czyta może uznać, że są gorsze sytuacje, trudniejsze historie, większe dramaty. Moja historia wstrząsnęła mną i naszą rodziną bo była nasza.

Historia zawodowo – finansowej katastrofy, martwego punktu, punktu zero, gdzie stałam, leżałam, płakałam, nie spałam, nie jadłam- byłam załamana. Bałam się ruszyć w jakąkolwiek stronę bo wszędzie gdzie się obróciłam było jeszcze gorzej. Brak finansowego zabezpieczenia na gorsze czasy spowodował, że ledwo skończyłam wymarzone, ale płatne studia. Życie na finansowym luzie było świetne, ale dało popalić gdy, jak to czasem bywa, pojawiają się niespodziewane okoliczności przyrody. Utrata dobrze płatnego etatu, kłopoty z własnym małym biznesem, do tego kredyt i po roku człowiek czołga się z niemocy nie wiedząc czy już jest dzień czy jeszcze noc.

W styczniu 2014 roku Bartek zapakował mnie do samolotu i wysłał do swojej rodziny na wyspę. Wylądowałam jak rozbitek na plaży nowego lądu mając od Bartka £200 i znając język angielski wyłącznie ze szkoły.

Po pół roku dołączył do mnie mój ukochany a po roku młodzi; Klaudia i Dawid kończąc swoje szkoły.

Zaczęliśmy całą naszą rodziną nowe życie na wyspie.

I siedzę teraz w tym cudnym ogródku na maksa szczęśliwa unosząc się z dumy jak balonik, jak każdy z nas świetnie sobie radzi. Jak każdy z nas docenia te warunki w których teraz żyjemy.

Życie na wyspie od początku było i nadal jest dla mnie wstrząsającym porównaniem w stosunku do życia na polskim lądzie.

Kocham Polskę ale doceniam i ogromnie szanuję całe angielskie środowisko. Nawet się szarpnę i powiem, że cały angielski system. Nie żyję tu długo, ale to co obserwuję ciagle mnie zaskakuje. I nie piszę tego, żeby upokorzyć czy wyśmiać polski system życia i brak mądrego systemu gospodarczo politycznego a wychwalać cudowny, idealny angielski. Interesuje mnie skąd biorą się różnice.

życie na wyspie

życie na wyspie

 

 

 

 

 

Interesują mnie ludzie którzy ten system stworzyli i tworzą.

W tym wypadku zadziwia mnie angielska wysoka kultura osobista, otwartość i olbrzymia tolerancja. Mam pracę, dobrą wypłatę, pracodawcę, który szanuje moje prawa, mam ponad miesiąc urlopu w roku!!! Wyobraź sobie, że podatek i inne różne świadczenia, instytucje zwracają same przelewając na moje konto!!!???

Zwracają czy zamieniają towar na nowy czasem nawet nie żądając paragonu!!!??? Na poczcie, przy kasie i urzędzie spotykam się z taką sympatią, że nie chce mi się wierzyć, że żyjemy na tej samej planecie.

Chłopacy którzy przyjeżdżają po śmieci w każdy poniedziałkowy ranek witają się serdecznie, podśpiewując pod nosem jakby mieli dobry dzień od samego rana (!?)

Oczywiście życie na wyspie ma swoje cienie

Na przykład znikające dokumenty wysłane na poczcie, opieszałość w załatwianiu różnych spraw urzędowych, słabe łącza internetowe, dwa krany na zimna i gorącą wodę, wystające na zewnątrz domów rury kanalizacyjne czy sieć niezidentyfikowanych kabli nad domami tworzących niezrozumiałe formy i kształty.

Nie jestem ekspertką która opiera się na publikacjach The Guardian, The Times czy Herald czy co tam jest mądrego jeszcze…To jest moja indywidualna opinia oparta na moich osobistych doświadczeniach. Właściwie jedynych w swoim rodzaju bo moich.

Ale to wszystko sprawia, że codziennie cieszę się, że tu mieszkam i żyję.

życie na wyspie

W pub’owym ogródku zebrało się już tyle osób, że wszystkie miejsca są zajęte. Zapalają się lampki ponad stolikami tworząc dodatkowo wyjątkowy klimat. Dawid podał nam świeżo zaparzoną doskonale smakującą kawę.

I tej chwili dzwoni telefon. Od mojej kochanej przyjaciółki z Gdyni, z którą obowiązkowo spotykamy się co roku w lipcu, od kiedy wyjechałam cztery lata temu na wyspę.

Kocham tą dziewczynę za jej prawdziwą i szczerą przyjaźń. Za świeże i konkretne opinie oraz ciekawe dyskusje. Wiem ponad moją pewność, że mogę jej ufać. A rozmawiamy o wszystkim. I nigdy nie mamy za dużo czasu, żeby wyczerpać tematy.

Ona była kiedyś moją klientką i potrafiłyśmy w salonie zostawać do późna żeby dłużej pogadać. Ścisły matematyczny, księgowy umysł, super wykształcona kobieta z doskonałą znajomością psychologii i wyczuwania oraz zrozumienia drugiego człowieka.

Doskonale się rozumiemy, choć nie zawsze ze sobą zgadzamy. Ale potrafimy z wypiekami na twarzy rozłożyć filozoficznie interesujący nas każdy temat na najdrobniejsze części pierwsze.

Kupiłam niedawno suszarkę do włosów za 200 złotych i dzisiaj mi padła. Usiadłam na podłodze w łazience i się rozryczałam. To była kropka nad i. Ze wszystkim człowiek musi walczyć, nie mam na nic czasu ani kasy na fajne wakacje. Tak to ma wyglądać? Tak ma wyglądać moje życie?”

Ona przez długi czas nie mogła znaleźć pracy a jak znalazła etat w urzędzie, to po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że to nie jest praca ani środowisko dla niej. Szalone tempo pracy, brak przerwy żeby spokojnie coś zjeść, walka o stanowiska, zazdrość i tym podobne klimaty. Bała się wziąć urlop, żeby mieć do czego wrócić! I jak tu sobie pozwolić na komfort zmiany pracy jak się ma córeczkę oraz kredyt na mieszkanie? Okazuje się, że nic innego w życiu nie robisz tylko pracujesz, ogarniasz dom, płacisz rachunki, pracujesz, ogarniasz dom, płacisz rachunki…

I czasem tylko płacząc w poduszkę zastanawiasz się o co chodzi? Czy tak to ma już wyglądać? Bo jak niby miałoby się zmienić? Cieszysz się, że wogóle masz pracę, ale to nie jest praca która cię cieszy albo daje satysfakcję. A już na pewno nie godne pieniądze. Nie tak chciałaś żeby wyglądało twoje życie.

Lekcja tańca wyrwana raz w tygodniu utrzymuje cię przy życiu i pozwala na 60 minut zapomnieć o całym świecie, ciągłych konfliktach i niewyjaśnionych nieporozumieniach z mężem.

I mimo, że jestem taka szczęśliwa a wokół mnie słyszę muzykę i śmiech zadowolonych ludzi, siadam wyobraźnią na podłogę w jej łazience i dokładnie czuję to co ona czuje. Żal mi ściska gardło i brzuch, bo właśnie tak powoli umierają marzenia o osiągnięciu czegoś w życiu, pracy marzeń, porwania się na coś nowego, zmiany kierunku. A jednocześnie mam nadzieję, że ona będzie miała tyle siły, żeby się nie poddać, nie odpuścić i na tej podłodze znaleźć wystarczająco dużo motywacji, żeby znieść to dzielnie każdego nowego dnia, aż do chwili gdy Bóg postawi ją w odpowiednim momencie w odpowiednim miejscu.

Dziękuję za moje dobre życie na wyspie

Oby każdy miał dobre życie na swojej wyspie

dominika